kulinarne podróże10.01.20181530
Marokańskie cappuccino
Smacznego
czytaj przepis

Stoję przy szybie hali lotniska i dopijam cynamonowe latte. Obserwuję lądujące samoloty w oczekiwaniu na start naszego. Niebo nad lotniskiem przypomina puchatą warstwę brudu. Przygnębiające, nisko wiszące chmury sprawiają, że wokół wszystko jest nijakie i bez wyrazu… Gdy koła naszego samolotu są już w powietrzu, a dziób wzbija się w górę i tnie grube chmury, przez małe okna zaczynają przebijać się cudowne promienie niczym nieprzysłoniętego słońca ! Po kilku godzinach lądujemy w Maroku.

Mam w sobie coś takiego, że gdy jestem w pobliżu morza, jak najszybciej chcę się znaleźć na plaży i nacieszyć oczy widokiem. Ta niecierpliwość zmieszana z determinacją pcha mnie ku nadmorskiej przestrzeni. Ściągam buty i jak mała dziewczynka biegam po plaży, oglądając się za siebie, aby sprawdzić, jakie ślady zostawiają moje stopy na mokrym przy brzegu piasku. Odwracam spragnioną słońca twarz ku ciepłym promieniom i oddycham pełną piersią. Powietrze jest wspaniałe! 

Wybieramy zaciszną kafejkę przy końcu nadmorskiej promenady. Z fotelami zwróconymi w stronę plaży chłoniemy widok przed oczami. Tak niewiele potrzeba człowiekowi do szczęścia! Morza i błękitu nieba. Zamawiamy waniliowy koktajl i cappuccino. Z karty wybieram sobie cappuccino z likierem Bailey’s. Oparta o sofę patrzę przed siebie i małymi łykami popijam przepyszną kawę. Marokańskie cappuccino. Jestem szczęśliwa. W tym miejscu i w tym momencie.

Szczęśliwa jest tutaj także nasza córka. Jej wszędzie się podoba, wszędzie znajdzie coś dla siebie. Prosi tatę, by kupił „wanilę”, gdyż mleczny koktajl przypadł jej do gustu. Zauważyliśmy, że małe, czasem nic nieznaczące chwile w trakcie wspólnych wyjazdów okazują się być tymi bardzo ważnymi, które zapamiętujemy. Zapamiętuje je także dziecko, tym samym budując swoje własne wspomnienia z dzieciństwa, które kształtują małego człowieka. 

Miasto zwiedzamy z tutejszym taksówkarzem. Przedstawia się nam jako „Sahara man”. Przez dwa dni staje sie naszym przewodnikiem. Pokazuje nam najważniejsze i najciekawsze miejsca marokańskiego Agadiru. Wozi po mieście, zatrzymuje się, gdzie chcemy lub tam, gdzie on uważa za godne zobaczenia miejsce. Opowiada o życiu Marokańczyków, kulturze i polityce. Słucham go, gdy wozi nas przez różne części miasta – od tych ekskluzywnych po te gwarne czy też biedne. Jest przykładem człowieka, który nie ma wiele, ale jest szczęśliwy z tego, co ma. Umie to docenić. Chroni swoją rodzinę i każdego dnia dba, aby niczego jej nie zabrakło. Jest prostym człowiekiem, a z jego prostych słów przemawia mądrość i najszczersza prawda. 

Wiezie nas na najlepsze danie w mieście – owoce morza. Mówi, że będzie prymitywnie, bo to strefa poza tą turystyczną, tam jedzą lokalni mieszkańcy. Zgadzamy się, chcąc doświadczyć czegoś nowego, choć gdy wjeżdżamy na wielki plac z małym parkingiem, gdzie miejscowa ludnośc handluje, przesiaduje, czeka na coś, nabieramy pewnych obiekcji. Taksówkę obskakują młodzi mężczyźni, w niezrozumiałym dla nas języku wykrzykują coś do taksówkarza, który odpowiada im słowami i gestami. Jest głośno i nie do końca bezpiecznie. Saharaman uspokaja mnie, widząc mój przestraszony wzrok, że wszystko is „very well” i „do not worry, mademoiselle”… Gdy opuszczamy taksówkę, wprowadza nas na barowy plac z chybotliwymi krzesłami i wysłużonymi, starymi stolikami w słońcu i kurzu. Idzie po właściciela, któremu pokazuje nas i coś szepcze do ucha… Saharaman zostawia nas i mówi, że przyjedzie po nas za godzinę, życzy smacznego i oddala się. Po kwadransie na naszym stoliku ląduje porcja owoców morza w tempurze. Atmosfera wokół nie sprzyja spokojowi, jedzeniu, jestem nieco rozdrazniona i pełna podejrzeń. Wszyscy na nas patrzą, zerkają… Przełamuję się i biorę w palce kawałek krewetki i kalmara. Doświadczam czegoś wspaniałego! Moje podniebienie otrzymało własnie jedno z najlepszych dań złożonych z owoców morza, jakie kiedykolwiek jadłam. Coś podobnego w doznaniach przydarzyło mi się w czasie rejsu w Chorwacji, kiedy to udaliśmy się z wycieczką na połów małż i jedliśmy je przygotowane w bardzo naturalny sposób…

Po Maroku sporo poruszaliśmy się także na wynajętych rowerach. Często po południu jechaliśmy na przejażdżkę promenadą, aby ze wzgórza podziwiać urocze zachody słońca. 

Składniki na filiżankę marokańskiego cappuccino (pod taką nazwą figurował w karcie ten napój)

2 porcje espresso

1/3 szklanki lekko spienionego mleka

2 łyżeczki likieru Bailey’s

Na spód filiżanki ( w Maroku podają w literatce) nalewamy likier. Spieniamy mleko dowolnym sposobem, wlewamy zaparzone espresso. Mieszamy i cieszymy się wspaniałym aromatem pysznej kawy.

Tato, niech ta bajka się jeszcze nie kończy! (słowa naszej córy zachwyconej marokańskim miejscem)

Do zobaczenia Afryko!

Udostępnij artykuł
kulinarne podróże
poprzedni artykułYerba mate, czyli o argentyńskiej herbacie
serniki pieczone
następny artykułWegetariański sernik pomarańczowy bez jajek z daktylami i orzechami nerkowca
Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.